Z perspektywy siedmiu miesięcy dochodzisz do wniosku, że czas nabrać do wszystkiego dystansu. Zdrowego dystansu. Czas żyć jak normalny człowiek, bo przecież takim jesteś. Czas próbować rzeczy nowych, które wcześniej określane były mianem "nie przystoi", "nie wypada", "nie można". Czas przestać oglądać się za innymi, którzy (jak już wielokrotnie tutaj padało) nie przeżyją życia za ciebie. Siedem miesięcy, to bardzo dużo czasu... dziś jednak z całym przekonaniem stwierdzam, że jest duuużo lepiej.
Po pierwsze:
Przestałem się przejmować sprawami, na które nie mam wpływu, a które wpływały na mnie i mój stan psychiczny. Chodzi przede wszystkim o to wszystko, co dzieje się w kręgu hierarchii Kościoła, której byłem częścią. Kiedy w ciągu ostatnich miesięcy słyszałem o kolejnych aferach pedofiliskich z udziałem księży, "ukaranych" biskupach, śmiesznych tłumaczeniach i innych działaniach (jak to się pięknie nazywa) prewencyjnych, to wszystko utwierdzało mnie tylko w przekonaniu, że podjąłem dobrą decyzję. Nawet kiedy w towarzystwie pojawia się któryś z tych tematów, ja po prostu nie chcę o tym gadać. W skrócie: szkoda słów.
Po drugie:
Przestało mnie obchodzić, co dzieje się w tzw. kulisach kościoła, gdzie dostęp mają tylko biskupi z całym KEPem na czele. Wystarczy mi, że publicznie ciągle oglądamy wiwatującego arcybiskupa-sołtysa Głodzia, który staje przy ołatrzu beatyfikacyjnym Wyszyńskiego. Poraża mnie przebiegłość tych, którzy mydlą oczy zrzeknięciem się urzędu, funkcji, zamiast po prostu wziąć na siebie odpowiedzialność. przyznać do winy i stwierdzić: "Przepraszam, nie powinienem dłużej być biskupem diecezji". Widząc to wszystko przestałem wierzyć, że cokolwiek się zmieni.
Po trzecie:
Chociaż wszyscy dookoła zniesmaczeni są zachowaniami duchownych, które zostają upublicznione, ciągle dostaję screeny z rozmów internetowych z księżmi, które pełne są podtekstów seksualnych. Ktoś mi wysyła dwa konta z instagrama - jedno człowieka w koloratce, drugie - faceta bez twarzy, ubranego w skórę. Do tego komentarz: "popatrz, to ten sam". Słucham osób występujących z zakonów, bo nie wytrzymują pod rządami przełożonych, którzy władzę traktują nie jako służbę Bożą, ale tyranię w prywatnym folwarku. Psy szczekają, karawana jedzie dalej.
Po czwarte:
Pomimo, że minęło już trochę czasu od ostatniego wrzuconego tutaj postu, każdego tygodnia piszą do mnie kolejne osoby - księża, siostry zakonne, świeccy, którzy nie wytrzymują w Kościele. Z wszystkich stron atakowani są mega agresywnymi stwierdzeniami w stylu "kto odchodzi z Kościoła przez księdza, nigdy nie był w nim przez Chrystusa". Do tego ciągle dochodzi zapewnienie, że "poza Kościołem nie dasz rady", "wrócisz prędzej, czy później z podkulonym ogonem", "za płotem trawa zawsze jest bardziej zielona". Będzie też odniesienie się do złożonej przysięg - "przecież ślubowałaś_eś". Nazwą cię niewiernym Tomaszem, albo Judaszem. Będzie i tak, że w momencie kiedy powiesz o swoich trudnościach, ludzie się od ciebie odwrócą. Nie będą niemili, ale już więcej nie napiszą. Niesamowite jest to, że ten schemat za każdym razem się powtarza. Zawsze jest tak samo - nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam. Kościelni moralizatorzy będą tłumaczyć to "radykalizmem", "byciem gorącym", albo tym, że "sól musi zachować swój smak". Takimi formułkami usprawiedliwiać będą swoją arogancję, uszczypliwość i potępianie innych. Tymczasem kolejni moim koledzy - jeszcze księża, umawiają się na terapie z psychologiem/psychiatrą, bo już nie dają rady. Łykają codziennie tabletki. Słucham ich, ale już tak boleśnie tego nie odczuwam, nie biorę do siebie. Wspieram i czekam z kawą.
Po piąte:
Odkąd pamiętam, rozmawiam z każdym. Nie ma dla mnie znaczenia płeć, wiek, wygląd, orientacja, zainteresowania, religia. Mam łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Lubie small-talki. Nauczyłem się jednak w ostatnim czasie, żeby świadomie odmawiać rozmowy osobom, które próbują wzbudzić we mnie poczucie winy. Prawdziwą ulgą jest podjęcie wewnętrznej decyzji o tym, żeby się po prostu ludziom nie tłumaczyć. Powiedzenie "nie chcę o tym z tobą gadać". I chociaż druga strona ciągle będzie drążyć przekonana, że jedynie ona ma receptę na zbawienie mnie i świata, mówię "spadaj". Żyjesz, to pozwól mi żyć po swojemu. Zauważyłem, że wielu tak ma, że chce innym dyktować, jak mają żyć. Tu nie chodzi o pełne wyrozumiałości wspieranie i wspomaganie podejmowanych decyzji, ale o nakazywanie pewnych postaw. Uwolniłem się od tego. Wiem, co jest dobre, a co złe. Wiem, co oznacza doświadczyć krzywdy i odrzucenia ze strony osób, którym się ufało. Wiem też, czym jest dobro i miłość. Wiem, że nie jestem głupi. Ale jeśli ktoś próbuje mnie na siłę przekonywać, że jest inaczej, bo zrezygnowałem... to ja podziękuję.
Po szóste:
Chociaż poziom mojego życia się zmienił, nie czuję się z tym gorzej. Studiuję zaocznie. Mam pracę, która mnie cieszy. Mam urlop, ale spędzę go u siebie - może w przyszłym roku uda się gdzieś pojechać. Mam wokół siebie wspaniałych ludzi - starych i nowych. Przestałem brać tabletki od psychiatry, zdrowo się odżywiam, uprawiam sport. Na wszystko mam czas. Nie muszę nikomu niczego udowadniać.
Po siódme:
Po porostu: żyję.

Odkąd czytam bloga to mocno ci kibicuję i cieszę się z tych pozytywnych zmian! Wszystkiego dobrego :D
OdpowiedzUsuńWiesz, że do końca życia jesteś księdzem i nic tego nie zmieni. Zawsze to poczujesz, gdy rano się obudzisz..
OdpowiedzUsuńjeszcze coś? Hmm... Choć w sumie, to prawda. Poczucie tego i czegokolwiek innego pozostały tylko dzięki odejściu z tej chorej instytucji. Dzięki odejściu jeszcze żyje. Dziękuję za przypomnienie.
UsuńPolecam nie czytać tego bloga i zamknąć się szczelnie w swoim świecie.
Nie pozdrawiam.
@archeolog
UsuńPo co to piszesz? Czy uważasz, że wyniknie z tego jakieś dobro?
Super, ze jestes i badz zawsze soba !
OdpowiedzUsuńSuper, ze jestes !
OdpowiedzUsuń