Łączna liczba wyświetleń

19 września 2021

21. TSUNAMI



Zamykasz za sobą drzwi i nie chcesz, żeby ktokolwiek do ciebie mówił. Przełożeni powtarzali, że "przyjdą momenty, kiedy z samotności będziesz gryzł ściany". Serio? Masz raczej ochotę, żeby wszyscy zniknęli. Parzysz herbatę, bierzesz do ręki mądrą książkę. Włączasz Netflixa, otwierasz piwo. Jest ciemno, idziesz na spacer do parku z różańcem. Pojedziesz na kalwarię, odprawisz drogę krzyżową. Robisz cokolwiek, żeby nie spotykać ludzi. Usłyszysz, że przecież sam tego chciałeś, że żalisz się, a przecież wiedziałeś, do czego idziesz. W seminarium byłeś otoczony wspaniałymi kolegami, z którymi nie chciałeś się rozstawać, a teraz jesteś sam - z wyboru. Przyznajesz, że lepsza taka samotność, niż siedzieć z gburem - proboszczem. Tak naprawdę będąc księdzem, stałeś się antyklerykałem. Nie dlatego, że sam jesteś najlepszy, ale widziałeś zbyt wiele i słyszałeś dużo. 

Jeden z komentatorów tego bloga nieustannie przypomina mi, że do końca życia będę księdzem. Pod ostatnim wpisem pojawił się właśnie taki komentarz: "Wiesz, że do końca życia jesteś księdzem i nic tego nie zmieni. Zawsze to poczujesz, gdy rano się obudzisz". Przyznam szczerze, że nie wiem, kim jest jego autor i w sumie niewiele mnie to obchodzi. Widzę, że mnie obserwuje, czyta bloga, jest na bieżąco z wszystkimi wpisami. Nie wiem, czy tym komentarzem próbuje dowartościować siebie, czy mnie poniżyć - trudno stwierdzić, ale dodam tylko, że jeśli próbowałeś mnie przestraszyć, to się nie boję. Co do fałszywych obserwatorów wiem, że takich jest wiecej. Cisi podglądacze cudzego życia i wytakacze błędów.

Kiedy kilka miesięcy temu otrzymałem urlop zdrowotny, rozdzwonił się mój prywatny telefon. Na ekranie pojawiały się nazwiska, które pamiętała już tylko książka telefoniczna. Dziś, kiedy sobie to przypominam, to myślę, że był to prawdziwy obłęd. Nagle wszyscy chcieli ze mną rozmawiać, spotykać się, przyjeżdżać na kawę. Wiadomości było tyle, że nie nadążałem z odpisywaniem. Plotki się dopiero rozpędzały. Druga fala telefonów, to wyrzuty: "Dlaczego nie odpisujesz?", "Chciałem cię usłyszeć, ale widać już nawet na to nie zasługuję", "Nie chcesz gadać. OK". Następna fala, to tsunami z serii: "Czy to prawda, że...". Rano, wieczór, we dnie i w nocy. Festiwal podchodów trwał, żeby tylko zdobyć jak najwięcej informacji i popchnąć jak najbardziej pikantną plotkę. Miałem wrażenie, że wszyscy siedzą mi na głowie. Wtedy jedynie tabletki ratowały sprawę.

Nauczyłem się wtedy jednej rzeczy: to ja dysponuję swoim czasem i nikt nie może mi niczego nakazać. Robię to, co w danym momencie chcę. Gadam z kim chcę. Bez tłumaczenia blokowałem tych, którzy wpychali się z buciorami w moje życie. Zmieniłem numer telefonu, a nowy podałem tylko kilkudziesięciu osobom. Nawet jeśli ktoś go cudem zdobędzie, nie odbiorę. Nie będę też odpisywał na wiadomości. Dlaczego? Bo mogę.

Spotykam na ulicy ludzi, którzy mnie znają. Jedni podchodzą, rozmawiają i zapraszają do siebie - mimo wszystko ich domy pozostają dla mnie otwarte. Inni z przekąsem rzucają "Szczęść Boże" i z wybałuszonymi ślepiami czekają reakcji. POOR YOU. Czasem czuję się jak małpa, ale już teraz wiem, że to nie ja jestem w klatece. Łapię się na tym, że nie pojawiam się w pewnych miejscach, żeby kogoś nie spotkać, a potem dopiero zastanawiam się i dochodzę do wniosku, że to bez sensu. Fakt, nie chcę niektórych osób oglądać ponownie, ale czy z tego powodu mam przemknąć przez życie, jak przez aleję snajperów? 

Zacząłem się więc zastanawiać, skąd u mnie takie myślenie i chęć ukrywania się. Długo mi to zajęło, ale chyba już wiem. Bierze się to stąd, że wiele osób (które określają się mianem moich znajomych!) nie znając totalnie mojej sytuacji przyjęło stanowisko, że to wszystko moja wina. Dlaczego tak? Już wyjaśniam! Przecież osoba, która została skrzywdzona, cierpi w jakiś sposób, albo choruje... nie pisze takiego bloga! Przecież takie sprawy załatwia się po cichu, bez rozgłosu i opisywania. Heh, znajome tłumaczenie? Pewnie. Przecież dokładnie tak samo mówi się o ofiarach wykorzystywania, pedofilii, kiedy zaczynają mówić. Zarzuca się im, że na krzywdzie chcą się dorobić. Pyta się je, dlaczego nie zgłosiły się do przełożonych kościelnych, ale od razu poszły do dziennikarzy? Żaden ze mnie dziennikarz, nie zarabiam na prowadzeniu tego bloga, a od jego powstania, kilkanaście osób napisało do mnie, że zostało skrzywdzone przez księdza. Zwracam się teraz do nich: nie wyobrażam sobie, co przeżywacie - bo każdy przeżywa inaczej, nie odpowiadałem na wasze wiadomości, bo nie czułem się na siłach, żeby wam pomóc. Wiem jednak, że nie możecie milczeć! (info o nowym mailu na dole wpisu) 

Wśród argumentów, które mnie miały zamknąć usta pojawiły się i takie, że jestem gorszycielem dla tych, których wcześniej prowadziłem do Boga. Blog ten nie opisuje wszystkiego, to jedynie wycinki. Rozumiem jednak, że dla niektórych wierzących to ciągle mało, że według nich powinenem walczyć, że się pogubiłem. Kim jesteście, żeby oceniać moje decyzje? Czy naprawdę sądzicie, że znacie mnie aż tak dobrze? Czy naprawdę uważacie, że opisanie prawdy, której doświadczyłem jest zgorszeniem? A kto się zastanowi i użali nad zgorszeniem, którego ja doznałem jako ksiądz?

No właśnie.


/zmieniłem maila na: zyciebezkoloratki@gmail.com 
obiecuję, że teraz będę każdemu odpisywał
- zapraszam do formularza z prawej strony "skontaktuj się z autorem"/



3 komentarze:

  1. Dzięki, że kontynuujesz pisanie bloga i dajesz świadectwo temu, czego doświadczyłeś. Podziwiam Cię za odwagę. Dzięki takim osobom jak Ty poznajemy prawdę o tym, jak naprawdę wygląda Kościół i ludzie, którzy się w nim znajdują. Poznajemy prawdę, a to prawda nas wyzwoli.
    Wszystkiego dobrego, czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie przejmuj się, masz przed sobą tyle, życia, że po przebudzeniu możesz poczuć mnóstwo różnych rzeczy. Ciało i uśmiech żony, partnerki czy partnera, radość na myśl o nowym dniu w pracy, czy nowych wyzwaniach, może płaczące swoje dzieci albo wiatr, który zrywa Ci namiot w czasie trekkingu e jakimś dzikim miejscu, albo mokry język psiego przyjaciela, który wyciąga na spacer. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję siły i odwagi. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży.

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie posty