Przekonany już teraz, że nikt nie przeżyje życia za ciebie, zaczynasz robić wszystko w zgodzie ze sobą. Nie oznacza to wcale, że stajesz się psem, który zerwał się z łańcucha. To nie tak. Po prostu dochodzisz do wniosku, że mało interesuje cię, co ludzie powiedzą. Chcesz ciągle żyć z Panem Bogiem, choć wiesz, że niekórzy powiedzą ci, że dla ciebie przy Nim nie ma już miejsca. Nie da się jednak ciągle żyć, będąc zamkniętym w czterech ścianach. Wychodzisz, ale kolejne tygodnie spędzone w rodzinnym mieście są coraz bardziej męczące. Dlaczego? Bo jesteś "nowym" obiektem w środowisku, które kilka lat temu opuściłeś. To środowisko zna cię i myśli, że wie o tobie wszystko. Ciekawisz innych.
Omijasz szerokim łukiem lokalne, osiedlowe sklepy. Za dużo tam znajomych, którzy będą obserwować i pytać. Znienawidzona maseczka jeszcze przed chwilą pomagała ci zachować minimum anonimowości. Teraz już jej nie ma. Wybierasz się więc na zakupy w miejsca, gdzie ilość półek pozwala się ukryć, gdzie nie ma czasu na dłuższą rozmowę, a prawdopodobieństwo spotkania znajomych, spada do minimium. Kolejny shopping i zauważasz, że poza słodyczami do kawy, piwkiem, czy winkiem na wieczór, ewentualnie pastą do zębów, musisz pomyśleć o jajkach, maśle, ziemniakach, kaszy. Rozglądasz się za mięsem na obiad. Pierwszy raz od dawna masz przed sobą listę zakupów z prognozowaną kwotą do zapłaty. Nie możesz sobie na wszystko pozwolić. Kupujesz to, co do przeżycia konieczne. Ciąge przeliczasz, sumujesz.
Jeszcze kilka miesięcy temu bałeś się, że ktoś widząc cię robiącego zakupy, zlustruje twój koszyk - co też ten ksiądz kupuje? Gdybyś kupował jedzenie, po głowie dostałaby gospodyni, która głodzi biednych księżoszków. Gdyby zauważono w twoim koszyku alkohol, z marszu jesteś pijakiem. Kilka droższych produktów - ci, to się mają dobrze. Czego byś nie kupił, będzie źle. Dzisiaj w nosie masz to, czy ktoś przyczepi się twojego koszyka. Grunt, żeby nie czepiał się ciebie, żeby nie zadawał pytań, bo nie chcesz się tłumaczyć.
Chociaż nikt o ciebie nie zadba, nie nakarmi i - jak już wspominałem w poprzednim poście - nie przeżyje życia za ciebie, (mimowolnie jakoś, podskórnie) boisz się tego, co ludzie powiedzą. To prawdziwe więzienie wewnętrze, z którego chcesz uciec. Niby się nie przejmujesz, ale ma to na ciebie wpływ. Przypominasz sobie, że w seminarium, największe problemy z odejściem (po rozeznaniu, że nie chcą być księżmi) mieli ci, którzych decyzja o wstąpieniu do niego, była jedynym spektakularnym wydarzeniem we wsi, bądź parafii. Wszyscy przecież złożyli w tobie nadzieję. Po miesiącu (będąc na pierwszym roku) szyto ci już sutannę, a rodzina wynoszona była pod niebiosa. Presja społeczna bywała tak wielka, że przestawałeś żyć swoim życiem, a żyłeś tak, jak chciała tego rodzina, parafia, wieś. Różne były historie. Co niektórzy odeszli i nigdy nie pokazali się w parafii. Inni po dziś słyszą wyrzuty podczas spotkań rodzinnych. A byli też tacy, którzy dzięki presji zostali wyświęceni. Pytanie, kto miał powołanie? Mama? Tata? Babcia? A może parafianki, zasilające co miesiąc konto biednego kleryka? Proboszcz, który za cel postawił sobie, że za jego kadencji w parafii będą prymicje? Trudno o jednoznaczną odpowiedź.
Przez kolejne lata dostajesz wiele sygnałów poparcia twojej decyzji. Rodzina się cieszy - "kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie". Parafianie każdy twój przyjazd obchodzą jako wielkie święto - serdeczne rozmowy, pochwały, odliczanie czasu do święceń. Wszystkie tak piękne gesty pełne troski i miłości, ograniczają jakiekolwiek pole manewru. Chociaż wiesz, że decyzja należy do ciebie, to i tak tańczysz, jak ci zagrają.
Rezygnujesz z seminarium, rezygnujesz z kapłaństwa - zburzyłeś coś, na co pracowało wielu. Nie ważne, co przeżywałeś, jak rozeznałeś. Oni zaplanowali już życie za ciebie. Nie pozostaje ci nic innego: wyprowadzić się daleko, zniknąć z oczu, by nie prowokować, odciąć się i zapomnieć. Tylko jak, skoro zostałeś z niczym?
Bezpiecznie jest w mieście ucieczki.

> Wszystkie tak piękne gesty pełne troski i miłości, ograniczają jakiekolwiek pole manewru.
OdpowiedzUsuńZakładam, że w tym zdaniu nie ma ironii, że chodzi o prawdziwe gesty. To pokazuje, że można robić coś dobrego w dobrej wierze, a i tak spowodować coś złego...
Wydaje mi się, że problem (jeden z problemów) leży w stygmatyzacji odejścia z seminarium. Może trzeba ludziom tłumaczyć, że kleryk pierwszego roku dopiero przed sobą ma ostateczne rozpoznanie, a nie, że już można u niego zamawiać msze na za sześć lat?
Nie, nie ma ironii. Właśnie w tym cały problem, że semiarium przez ludzi nie jest utożsamiane z rozeznawaniem.
UsuńDobrze, że nie mam gospodyni i zakupy robię sam - od lat :)
OdpowiedzUsuńPowodzenia w nowym życiu :-)
OdpowiedzUsuńMusisz dać sobie czas, dużo czasu. Na pewno będzie lepiej...
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że teraz będzie Pan szczęśliwy. W mojej pamięci pozostanie Pan jako dobry i oddany ksiądz, który zrobił wiele dobra. Niech dobre momenty tej drogi też z Panem pozostaną :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Była parafianka :)
Piekne slowa wdziecznosci. Teraz bedziesz kreowal takie samo dobro wokol siebie tylko w innych, choc tak pieknych okolicznosciach przyrody. I tego.. I niepowtarzalnej. Poslalam, ze chce pamietac w modlitwie i poki co, pamietam:)
UsuńSkądś się wzięło powiedzenie, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Ja często też powtarzam, że psa można zagłaskać na śmierć.
OdpowiedzUsuńTrzymaj się tam, po drugiej stronie wifi :)