Łączna liczba wyświetleń

26 maja 2021

10. GOŚCINNOŚĆ


Gościnność od zawsze stanowiła dla mnie wielkie wyzwanie. Składa się na nią nie tylko dobrze urządzone miejsce przyjęcia gości, ale też to wszystko, co zawiera się w szeroko rozumianym pojęciu osoby. Mam na myśli charakter, podjeście, tworzenie odpowiedniego klimatu, który służy przyjemnemu spędzaniu czasu. Jakim byłby gospodarz, który pakuje swoich gości w serię nieprzyjemnych, kłopotliwych sytuacji? Gościnność na probostwie nie różni się niczym od tej, o którą dba się w każdym normalnym domu. Ma być po prostu miło. Najlepszym synonimem tego czasu spotkania jest "dzielenie się". Dzielenie się przyzwoite i z wyczuciem tego, kogo mam przed sobą.

Jest środek lata. Wakacje. Żar lał się tego dnia z nieba. Nieporuszone powietrze ani na chwilę nie chciało wpaść przez otwarte na oścież okna. Siedzisz w spodenkach, podkoszulku i japonkach przy biurku. Popijasz zimną colę. Czas jakby się zatrzymał, ale nie przestały gonić cię terminy. Słońce powoli zachodzi, a dzwon z kościelnej wieży leniwie ogłasza, że to już 18.45. Słyszysz w głośniku (na wielu plebaniach/probostwach w mieszkaniach księży montowane są głośniki z odsłuchem tego, co dzieje się w kościele), że organista gra już ostatnią z pieśni mszalnych. Zrywasz się od biurka, pędzisz na dół, żeby przygotować kolację. Wyjmujesz wszystko z lodówki. Na jednym z półmisków wędliny, na drugim pomidory i ogórek, inny pełen sera. Koszyk z chlebem, gorąca woda na herbatę także wędrują na stół w jadalni. Pozostało jeszcze tylko podgrzać to, co gospodyni zostawiła na piecu. "Kochana kobieta" - myślisz. Włączasz więc na chwilę gaz, mieszasz i po kilku minutach wszystko trafia do wazy. Stół przygotowany. Zbliża się gość.

Dzwonek do drzwi. Otwierasz. Podanie ręki zostaje zignorowane na rzecz wielkiego uścisku. No dobra. Akcja wśród żartów i wybuchów śmiechu przenosi się do jadalni. Gość - dwukrotnie od ciebie starszy ksiądz, który przed chwilą odprawiał wakacyjną mszę - zajmuje miejsce honorowe. Typowa sytuacja: podajesz wazę, on jest zaskoczony przepychem kolacji, nakłada więc odrobinkę, bo nie chce nadużywać gościnności. Kwitujesz wszystko jakimś krótkim stwierdzeniem, które rozładowuje do końca atmosferę. Gawędzicie więc przez jakiś czas. Tematy są różne: od przed chwilą skończonej mszy, liturgii słowa, aż po szkołę, politykę i sytuację gospodarczą w kraju. Będzie też czas na wymianę doświadczeń duszpasterskich. Oczywiście wszystko jest podawane lekko, bo jedyną "ciężkością" dzisiejszego dnia, jest ciężkostrawna kolacja. Teraz czas upływa zgrabnie. Jedzenie powoli znika, a herbata się kończy. To znak, że powoli dobiega końca kolacja, ale doświadczenie podpowiada ci, że aż tak łatwo skończyć nie będzie. Gościnność walczy w tobie z poczuciem, że u góry czeka nieskończona robota. Zaczynasz więc wspominać, co to jeszcze masz do zrobienia, że pewnie posiedzisz do północy. Twój gość jakby w ogóle na to nie zwracał uwagi. Czujesz, że mu dobrze z tobą, choć tym razem nie zrobiłeś niczego szczególnego, by miał prawo się tak czuć.

Kolejne rozpoczęte przez gościa tematy kotłują się w twojej głowie. Nie chcesz już gadać, ale przecież nie wypada powiedzieć, by już poszedł. Nagle - dzięki Bogu! - dzwonek do drzwi. Przepraszasz i odrywasz się od stołu. Jesteś jak stara łajba, która po wielu latach oczekiwania odbija na pełne morze. Wiatr w żaglach. Uff. Sprawa, którą biegniesz załatwić okazuje się błachostką - ktoś oddaje tylko klucze, ale to dla obrotu sprawy jadalnej jest przełomem. W tym samym czasie, kiedy żegnasz się i zamykasz drzwi, twój gość znika w drzwiach prowadzących do kuchni. Widzisz, że uznał kolację za skończoną. Zabrał kilka talerzy i postanowił odnieść. To miłe, że nie będziesz musiał robić tego sam. Pełen entuzjazmu wołasz więc, że nie musi zmywać naczyń. Przyjmuje twoją uwagę bardzo spontanicznie głośnym śmiechem, który dobiega z odległej kuchni. Jeden twój kurs z tacą i wszystko znika ze stołu. 

Gościa spotykasz w kuchni. Niesmowicie długo zajmuje mu włożenie naczyń do zlewozmywaka. Acha, postanowił wypłukać wazę, żeby pozostałość nie przyschła, utrudniajac jej późniejsze umycie - super, że chce pomóc. To dobry czas, żeby włożyć resztki do lodówki - będą na śniadanie. Sprawnie wkładasz tam wszystko, odwracasz się, a łokciem zamykasz otwarte drzwi chłodziarki.

"Póżniej pozmywam" - mówisz, chcąc jak najprędzej pozbyć się gościa. On jednak zdaje się nie wyczuwać, że to spotkanie trwa już zbyt długo i naruszył wszelkie możliwe normy czasowe. Szybko przecierasz blat kuchenny szmatką, myjesz ręce płynem do mycia naczyń, wycierasz do wiszącej obok ścierki. "Już księże, resztą zajmę się później" - wypowiadasz, nie patrząc na swojego gościa. Gdy jednak zaraz potem się odwracasz, chcąc skierować się do drzwi kuchni, ten zagradza ci drogę. Oprócz przekroczonych norm czasowych zauważasz teraz, że przekracza też wszelkie normy związane z utrzymaniem komfortowego dystansu. W sekundzie obejmuje cię całym sobą, przyciska do siebie, a łapskami dotyka twoich pleców. Schodzi niżej. Jesteś totalnie sparaliżowany. Nie potrafisz wyrwać się z tego uścisku. Słyszysz jego rechot i jaki to jesteś fajny. Wszystko trwa kilka sekund, ale masz wrażenie, że czas znowu się zatrzymał. Nie możesz wypowiedzieć słowa. Obrzydzenie, złość, niemoc - czujesz to wszystko. Z tej całej bezsilności jaka cię ogarnęła, wymierzasz silnego - na ile tylko potrafisz - kopniaka z kolanka, prosto w krocze gościa. Zaskoczony taką reakcją na chwilę luzuje uścisk tak, że udaje ci się wydostać i wybiec z kuchni. Został tam sam. Ze schodów prowadzących na górę wołasz tylko: "Wychodząc, proszę zatrzasnąć drzwi!". Zamykasz się w pokoju, a przez okno nerwowo patrzysz, czy już wyszedł. 

Tego wieczoru na probostwie jesteś sam. Tego wieczoru nie zrobisz już nic. Na bok odkładasz wszelkie obowiązki. Nie masz z kim o tym pogadać, bo jedni powiedzą ci, że okazałeś się tchórzem nie reagując, a inni zaprzeczą temu, co się stało. Byłeś gościnny, ale niewystarczająco. Gość oczekiwał więcej. I choć wmawiasz sobie, że do niczego przecież nie doszło, masz poczucie krzywdy, naruszenia granic. Czujesz obrzydzenie i zgorszenie. To twoja wina... 

Drżysz, kiedy kolejny raz słyszysz jego głos w swoim głośniku. Zesztywniały stajesz z nim do koncelebry i myślisz tylko, że musisz go dotknąć na znaku pokoju. Nic się nie stało. Uspokój się. Kiedy następnym razem usiądziecie do stołu, dookoła będą inni. Atmosfera znowu będzie sympatyczna, tylko tobie nie będzie się chciało jeść. Z grzeczności usiądziesz, napijesz się herbaty. To, co się kiedyś wydarzyło wakacyjnego wieczoru w kuchni - te "niewinne macanki" - będą pustą kartką w twoim dzienniku. Zabrakło słów.

Pokój i dobro!

2 komentarze:

  1. Dziękuję za szczerą opowieść i potwierdzenie przeczuwanego tematu powiązania życia księdza z rzeczywistością. Moja intuicja podpowiada mi, że bycie człowiekiem a później księdzem jest kluczem. Całym sercem wspieram w modlitwie. (Jak bardzo Franciszek ma rację że to szpital polowy!)

    OdpowiedzUsuń
  2. Znalazłam tego bloga w niedzielę. Czytałam wpisy, nie dlatego, że byłam ciekawa odejścia, ale dlatego, że byłam ciekawa historii konkretnego człowieka. Ja sama odeszłam całkowicie z KK na przełomie listopada/grudnia 2020 roku. Nie wyobrażam sobie jednak jak trudna musiała być decyzja o odejściu z kapłaństwa. Bardzo mnie boli ile w tym bólu musiało być. Dziękuję za odwagę podzielenia się tym ze światem. Życzę wszystkiego dobrego i błogosławię.
    pax et bonum

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie posty