Odmieniana w ostatnim czasie przez wszystkie przypadki. Sześcioliterowa, niezwykle silnie i pięknie brzmiąca. Gdyby przyjąć za Słownikiem Języka Polskiego znaczy tyle, co "śmiała, świadoma postawa wobec niebezpieczeństwa". Odwaga - to o niej wielu do mnie pisało.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pisali księża. Czytałem w kolejnych wiadomościach: "Gratuluję ci odwagi", "zazdroszczę ci odwagi", "no, miałeś odwagę", "ja bym się nie odważył chyba". Początkowo nie zwracałem na to uwagi, bo ignorowałem wszelkie zaczepki związane z moim opuszczeniem parafii. Jednak po czasie doszedłem do wniosku, że w każdej z tych wiadomości (nieświadomie) ukryty jest pewnego rodzaju klucz: wielu chciałoby postąpić podobnie, bo nie godzą się z pewnymi sytuacjami, ale tej odwagi im brakuje. Bardzo mnie to zasmuciło. Nie oczekuję nagłego zrywu w postaci odważnych, tłumnie odchodzących z kapłaństwa. Wystarczyłaby codzienna reakcja, której każdy młody ksiądz się boi, bo przecież proboszcz, bo co ja tam wiem(?), bo... pracodawca to mój przełożony, domownik i chlebodawca zarazem (i dosłownie).
Brakuje więc tej śmiałej, świadomej postawy wobec niebezpieczeństwa, które ciągle gdzieś się kryje. Nie mam tu na myśli pochowanych na probostwach pedofilów, czy innych, których należałoby natychmiast ukarać. Wobec takich spraw należy być bezwzględnym i szybko wyciągać konsekwencje w pierwszej kolejności. Tym, co trafia się na co dzień, niszczy wiarę i odsuwa od Kościoła jest zgorszenie.
Dziś zgorszenie to już nie taka oczywista sprawa. Nie daje się zapisać, prosto nazwać i raz na zawsze przed nim przestrzec. Zgorszenie nie obawia się miejsca, nie jest ograniczone czasem i nie ma względu na osoby. Kancelaria, zakrystia, szkoła, konfesjonał, pierwszy kontakt przy drzwiach probostwa, jakiekolwiek inne miejsce - można wymieniać w nieskończoność. Wystarczy moment, żeby całkowicie kogoś odwieść od Boga i Kościoła. Na dobre minęły czasy, kiedy ludzie zgięci z szacunku w pół, drżąc, wchodzili na teren probostwa, żeby coś załatwić. Minęły lata wszechwiedzących księży, jedynych światłych, oczytanych i piśmiennych w promieniu wielu kilometrów. Widziałem nie raz, jak "z ludzi wzięty, do ludzi posłany" obrażał się, kiedy ktoś zwracał się do niego "Pan" (jakby zapomniał, że urodził się mężczyzną); jak czerwienił się słysząc, że ktoś nie wie, w jakich godzinach czynna jest kancelaria (jakby wszyscy za stronę startową przeglądarki internetowej mieli witrynę parafii). Oczywiście zaraz potem rozwijała się pouczająca dyskusja, przepraszam, monolog: "Pani jest katoliczką i nie wie, że do księdza należy zwracać się per ksiądz" albo "jest Pan parafianinem i nie wie, kiedy urzęduje kancelaria? Wstyd". Oczywiście po takiej wymianie zdań petent zapisuje się do koła różańcowego i jest codziennie na Mszy w pierwszej ławce. Bzdura. To był ostatni jego kontakt z proboszczem/wikarym, chyba, że (niestety) przyjdzie załatwiać formalności pogrzebowe (o ile nie zrezygnują z oprawy kościelnej pogrzebu po ostatnich przejściach w kancelarii).
Właśnie, wspomniałem o pogrzebie... najgorsze były te momenty, kiedy trzeba było wyjść do ołtarza i stanąć przed rodziną, która kilka dni wcześniej przeżyła piekło w kancelarii. Dlaczego? Bo nie wiedzieli, że trzeba zabrać akt zgonu, bo mieli za mało pieniędzy, bo zmarły/a nie wpuszczał/a kolędy i będzie tylko pochówek bez Mszy. Wyobraź sobie, że stoisz w ornacie i chcesz zrobić wszystko jak nalepiej, a masz przed sobą ludzi, którzy już są negatywnie nastawieni, a do tego jeszcze obolali, bo stracili kogoś ukochanego. Starasz się jak możesz. Dajesz nie dwieście, ale trzysta procent z siebie (o ile w ogóle można). Mówisz o Bożym Miłosierdziu, przebaczaniu, mówisz o zbawieniu i po prostu czujesz, że to nie trafia. A wystarczyłoby... żeby ktoś kilka dni wcześniej złożył kondolencje w kancelarii, porozmawiał chwilę, poinformował o dokumentach, które należy dostarczyć, wybadał, czy koszty pogrzebowe są w zasięgu rodziny, czy nie trzeba pomóc... wystarczyło kilka dni wcześniej po prostu być człowiekiem. Pamiętam te momenty, kiedy przychodziło mi "przyjąć" pogrzeb pod nieobeczność proboszcza. Pamiętam te rozmowy, pamiętam te Msze. Pamiętam nawet, że raz zagrożono mi odjęciem pewnej kwoty z wypłaty(!), bo zamiast 500 złotych, powiedziałem "co łaska" i rodzina wpłaciła tylko 100 zł dla księdza. Słysząc słowa krytyki machnąłem ręką, rozbawiło mnie to.
Bardzo podobnie rzecz miała się ze ślubami, chrzcinami, komuniami i innymi uroczystościami, kiedy wiesz (albo przypuszczasz), że ci, którzy przychodzą dają ci jedyną szansę, żebyś ich zachęcił do pozostania, albo wypchnął z tego miejsca na wieki.
Zgorszenie, o którym piszę, bierze się stąd, że wielu zapomnia, że tym, co łączy - płaszczyzną porozumienia - jest najpierw człowieczeństwo. To, że tak samo jak ty: żyję, myślę, męczę się, pracuję, mam swoje radości i problemy. Łatwo widzieć człowieka godnego dialogu w ochrzczonym, poukładanym, będącym w każdą niedzielę w kościele. ALE! Czy Jezus nie mówił, że jest posłany do tych owiec, które poginęły z domu? Że lekarza nie potrzebują zdrowi, ale ci, którzy się źle mają?
Człowieczeństwo łączy mnie z każdym człowiekiem. Co to znaczy? Uświadom swojego księdza, że na ognisku - tak jak wszyscy inni - może zjeść kiełbachę rękami. Nie ma specjalnych sztućców i talerza (choć i takie akcje widziałem). Ksiądz może czekać w kolejce - nie jest obiektem uprzywilejowanym, który pojawia się i wszyscy rozstępują się, jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Ksiądz może się mylić i nie jest specjalistą od wszystkiego - jeśli się z czymś nie zgadzasz, zareaguj! Nie jesteś gorszy/gorsza!
Trudno samemu przebić balonik, na którym pod niebiosa wynoszą księdza wierni, dlatego proszę... pokazujcie swoim księżom, że tak, jak wy są LUDŹMI. Niech się złoszczą, obrażają, smucą. To ich problem.

Nie mam bladego pojęcia, kiedy czynna jest kancelaria w parafii, nigdy tam nie byłem.
OdpowiedzUsuńZ księźmi dialoguje na TT i masa się obraża, gdy zwracać się do nich per pan, taki dialog zwykle kończy się banem. Nawet zanim jeszcze ksiądz cokolwiek odpowie to już wszelacy apologeci krzyczą, że jak ja mogę do księdza per pan, że to brak jakiejkolwiek kultury, że brak szacunku, itd.
Mocno czuć tęsknotę za rajem utraconym, kiedy ludzie padali przed księdzem na twarz, gdy ksiądz mógł wypowiedzieć dowolną głupotę, a nikt nie śmiał powiedzieć, a każdy za to przytakiwał.
Oburza mnie fakt, że wiarę człowieka i jej głębię ocenia się po wpuszczaniu księdza podczas kolędy. Gdzie można się od tego odwołać? Albo gdzie szukać argumentów (poza ludzkim rozsądkiem) na podobne zachowania czcigodnych? Czy w ogóle można odmówić Eucharystii w czyjejś intencji?
OdpowiedzUsuńTak przy okazji... czy jest jakiś przepis zabraniający zwracać się do księdza per pan?
OdpowiedzUsuńNie, tylko kwestia zwyczaju.
UsuńSzanuję Twoją decyzję o odejściu. Jednak to niczego nie zmieni. Jeśli chcesz zmian w Kościele, bądź sobą mimo wszystko. Mimo tego, że gadają; mini tego, że oni są niesamodzielni; mimo tego, że proboszczowi to się nie podoba. Sam jestem księdzem. Jestem sobą. Jestem inny od reszty. I idę przez życie, dumny z tego, że nie jestem jak reszta.
OdpowiedzUsuń