Łączna liczba wyświetleń

16 maja 2021

5. WYKLUCZONE


Rano, zaraz po przebudzeniu włączam wi-fi w telefonie. Przez piętnaście sekund bez przerwy pojawiają się kolejne powiadomienia. Facebook, Messenger, Instagram, WhatsApp, mail. Po kolei sprawdzam, cóż nowego? Ktoś polubił twoje zdjęcie, napisał komentarz, dodał nowego posta w grupie, którą obserwujesz. Przechodzę do komunkatorów. - Escitalopram, Olzapin, Xanax, Pregabalina, Lamotrygina - nazwy pojawiają się w kolejnych wiadomościach, które dostaję od księży. Nie znam się aż tak dobrze. W internecie sprawdzam ulotki - okazuje się - popularnych leków na depresję, stany lękowe i obniżenie nastroju. Numer do psychiatry na stałe gości w książce telefonicznej, a z psychologiem wielu widuje się każdego tygodnia. Wbrew wpojonemu przekonaniu, że "trzeba dać rady ze wszystkim", na pewnym etapie zaczynasz rozumieć, że nie masz siły i wszystko cię przerasta. Święcenia przed tym nie chronią.

Nie śpisz w nocy. Nie dojadasz. Nie cieszy cię to, co wcześniej sprawiało wiele satysfakcji. Życie traci kolory. Nie chce ci się odbywać żadnych spotkań. Działasz zadaniowo - od/do. Odpoczywasz, ale tylko pozornie, bo głowę masz pełną myśli - natrętnych i dobijających. Najchętniej zamknąłbyś się gdzieś, gdzie nikt cię nie zna i niczego od ciebie nie chce. Co dalej? Któryś znajdzie zbyt bliską koleżankę/kolegę. Inny zbyt dobrze zaznajomi się z butelką wódki i tę relację umacniał będzie co wieczór. Kolejny zakręci się na punkcie motoryzacji. Jeszcze inny zacznie się obżerać w fastfoodzie albo stanie sie stałym bywalcem siłowni. Chodzi o to, żeby odreagować. Miłość, kac, nowy samochód albo motocykl, cholesterol, nadwaga albo strugi potu. Cokolwiek, byle zająć czymś myśli, ręce, po prostu czas.

Choć robisz wiele by sobie pomóc, nie zajmujesz się głównym problemem. Dajesz sobie zastrzyki kolejnych doznań, które w żaden sposób cię nie uwalniają z tragicznej psychicznej sytuacji, w jakiej tkwisz. Spędzasz coraz więcej czasu u znajomych - cieszysz się ich miłością, rodzinami. Jesteś u nich zawsze mile widziany, ale trudno w tej sielance mówić o swoich porażkach. Przecież wiesz, że to ty masz innym podnosić głowy, kiedy życie ich dobija. Nie chcesz im dokładać. Kiedy zaczynają dostrzegać, że coś z tobą nie tak, wymyślasz giętkie wymówki. Przekonujesz, że jakaś choroba cię bierze, nawarstwiło się obowiązków, albo pogoda nie sprzyja. Cokolwiek, byle nie powiedzieć, że masz kryzys, jest ci źle i potrzebujesz pomocy. Ciągle z tarczą i mieczem w dłoni.

Uczysz się kolejnych sposobów mówienia tak, żeby mówić, a nie zdradzić prawdy o sobie. Opuszczając mieszkanie uśmiechasz się od ucha do ucha. Jedziesz na wolne? Tryskasz energią przed innymi. Ale kiedy tylko znowu dotkniesz klamki własnych drzwi, ktoś wyjmuje twoje baterie. Siadasz na kanapie, kładziesz się do łóżka i kombinujesz, jak przetrwać kolejny tydzień.

To wszystko trwa i trwa. Sekundy zamieniają się w minuty, minuty w godziny, dni w miesiące, a miesiące w lata. Czas niesamowicie się dłuży i wbrew powszechnemu powiedzeniu, nie leczy ran. Dlaczego? Bo sam tych ran nie chcesz dostrzec. Krwawisz codziennie, ale ukrywasz wszystko pod makijażem białych zębów, dobrze ułożonej fryzury, czy perfekcyjnie dobranej stylizacji. Fasada jest zawsze piękna. Będziesz pocieszał na pogrzebie, rozumiał w konfesjonale i dawał otuchę w czasie homilii. Dasz radę! Nikt tego za ciebie nie zrobi.

Nic nie może przecież wiecznie trwać. Nie jesteś ze stali. Wreszcie przed kimś się odkrywasz i dobry obserwator - przyjaciel, któremu na tobie zależy radzi ci, by działać, by pójść do psychologa, by nie zostawać z tym samemu. "Co?! Ja? Do psychologa? Przecież nie jestem nienormalny! Co sobie inni pomyślą? Mam powiedzieć, że jestem księdzem?! Wykluczone!". Nie znajdujesz w tym troski, choć przed tobą całe jej morze. Jednak po wielu namowach, postawieniu pod ścianą, dzwonisz: "Dzień dobry! Chcę pogadać". Po raz pierwszy określasz swoją sytuacje jako "potrzebuję Pani pomocy". "Wtorek? Siedemnasta? Okej, będę". Klamka zapadła, umówiłeś się do specjalisty. 

Ksiądz potrzebuje pomocy psychologa.  


1 komentarz:

  1. Jestem mamą, żoną i pielęgniarką i jakbym czytała o sobie. Dobra mina do złej gry. Powiedziałam koleżance, że chyba potrzebuję psychologa, była tak zdziwiona,jakbym powiedziała, że muszę przytyć (do szczupłych nie należę)

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie posty