Łączna liczba wyświetleń

15 maja 2021

4. MŁOT I KOWADŁO


Życie na probostwie/plebanii dla wielu pozostaje tajemnicą. Jak to jest, że kilku facetów dobrowolnie zamieszkuje pod jednym dachem? Kuchnia jest wspólna, czy każdy ma swoją? Kto ma klucze? Kto gotuje? Jak wygląda standardowe mieszkanie księdza? Kto sprząta te wszystkie pomieszczenia i myje okna? Jestem przekonany, że kiedy czytasz te pytania, w głowie układają ci się dziesiątki kolejnych, jeszcze ciekawszych! Nie będę więc odpowiadał na powyższe, ale zaproponuję inne spojrzenie na sprawę.

Pomyśl, że w wieku dwudziestu pięciu lat wprowadzasz się do domu zamieszkiwanego od dłuższego czasu przez (średnio) dwukrotnie od ciebie starszego mężczyznę. Robisz to całkowicie dobrowolnie, bo przecież tak to już jest. Jest samcem alfa. Ma swoje zasady, przyzwyczajenia, górę kompleksów (często wraz z pokaźnym brzuchem wychodowanym przez lata) i przede wszystkim prywatny folwark, na którym ty... od tego momentu jesteś parobkiem, zwanym wikarym. Nie raz usłyszysz w swoim kierunku słowa: "To ja jestem proboszczem!" albo nieco łagodniej: "Proszę pozwolić mi być proboszczem". Po co? Żeby przypomnieć, kto rozdaje karty w tej grze. Choć będzie dążył, żebyś to miejsce nazywał "domem", zwracać się będzie per ksiądz - stwarzając sztuczny dystans. Dlaczego sztuczny? Bo za chwilę próbując dobitnie przypomnieć ci o twoich obowiązkach do jakże oficjalnej apostrofy "księże", doda nieco zmyślniejsze określenia wzmacniające. Acha, byłbym zapomniał... sprawa jest jasna i prosta, napiszę brutalnie: od tej chwili działasz na jego warunkach. Pisząc o sytuacji w taki sposób, czuję gęsią skórkę. Pomyślisz znowu o mnie, że generalizuję, czepiam się, jestem antyklerykałem. Zaprzeczę tylko jednemu: nie generalizuję, ale łącze fakty. 

Zamiast się tłumaczyć, wracam do tematu. Mimo, że zamieszkujesz już folwark, musisz jeszcze udać się w inne miejsce. Idziesz do publicznej placówki, zwanej dalej szkołą. Z misją kanoniczną w ręce przemierzasz nieznane korytarze, by spotkać się z kolejnym wszechmogącym - dyrektorem. Teraz zależy, na kogo trafisz. Przywita się albo nie. Pogadacie albo nie. Załatwisz coś albo wysłuchasz tylko o swoim poprzedniku - jego zaletach i wadach - dostaniesz listę zadań, przydział klas, skierowanie na badania. Zdarza się jednak nierzadko, że przyjęty zostaniesz serdecznie, a kawa stanie przed tobą na spodeczku. Odbędziesz fantastyczną rozmowę, poznasz wspaniałych współpracowników - nauczycieli. ALE! Cokolwiek by się nie zadziało od tego momentu jesteś między intelektualnym - szkolnym - młotem i duchowym - kościelnym - kowadłem. Czegokolwiek byś nie zrobił, będzie źle. Dlaczego? Bo albo usłyszysz, że olewasz obowiązki parafialne, przykładając się do pracy dydaktycznej w szkole albo zbyt mało poświęcasz się oświacie, tłumacząc wszystko pogrzebami i kolędami. Chcesz być okej przed koleżankami i kolegami z pracy(szkoły), więc próbujesz ustalić grafik parafialny tak, by wszystko pasowało i byś mógł być na szkolnym zebraniu, konsultacjach czy konferencji. Na widok przewracających się oczu proboszcza, zastanawiasz się, co jest z tobą nie tak? Czy naprawdę aż tak szkodzę parafii, chcąc sumiennie i sprawiedliwie wykonać swoją pracę, z której mam pieniądze (już nie wspominam o odpowiedzialności)? Nie masz nawet kogo zapytać. Ostatecznie, nie mogąc tego wszystkiego połapać, frustrujesz się. Zarywasz kolejne noce nad katechezą, którą po jakimś czasie po prostu odpuszczasz, bo "jakoś to będzie, ja czegoś nie powiem?". Przychodzi "wyczekiwany" październikowo-listopadowo-grudniowo-styczniowo-lutowy czas, że po szkole jesz szybko zupę (o ile zdążysz! Jeśli nie to warto mieć herbatniki w aucie!) i biegniesz na kilkugodzinną kolędę (o tym jeszcze będzie okazja kiedyś wspomnieć). Nikt się nie martwi o to, czy masz siłę, czy jesteś zdrowy, czy masz coś innego do załatwienia, albo po prostu... coś ci wyskoczyło. 

Trudno. Problem jednak w tym, że - jak na złość - dzień ciągle ma tylko 24 godziny, a ty określone siły. Zdarzy się, że zachorujesz... gorączka, kaszel - jesienno/zimowy standard. W szkole nauczyciel otrzymuje L4. W parafii? Jesteś księdzem, a ksiądz ma obowiązki. Nie raz szedłem z gorączką do ołtarza, co uważam z perspektywy czasu za totalnie nienormalne, już nie mówiąc o tym, że jest to łamanie prawa! Każda oznaka słabości (w tym choroby) traktowana jest jak uchylanie się od obowiązków. Usłyszałem już kiedyś (ponoć żartobliwie): "Teraz, to ja będę musiał za niego robić". Miło, że humor dopisuje, a tak naprawdę, to serce się kraje w takich chwilach. Dostajesz sporo SMS'ów z życzeniami zdrowia i zapewnieniem, że jeśli czegokolwiek byś potrzebował, to masz napisać. Leżąc w łóżku przekonujesz się o tym, że osoby w żaden sposób z tobą nie związane, są w stanie więcej dla ciebie zrobić, niż twój własny proboszcz. Pomijam inne kuriozalne sytuacje, kiedy na probostwach/plebaniach poza porami posiłków zamykana jest kuchnia, czy lodówka, a o godz. 22.00 proboszcz czeka w drzwiach na wikarego wracającego z domu. Przyznaję, sytuacje z kuchnią i stęsknionym proboszczem są zasłyszane, nie było mi dane ich doświadczyć, choć tego pierwszego - lodówkowego bana - pojawiła się groźba!

Skąd to się bierze? Skąd w miejsce wspólnoty wkrada się iście folwarczna rzeczywistość? Skąd zazdrość, chęć uprzykrzenia drugiemu życia, czy po prostu... ciągłe wskazywanie należnego miejsca? Odpowiedzcie sobie sami.

Wielu katów, było kiedyś ofiarami.

1 komentarz:

  1. Pamięta jeszcze ktoś to samobójstwo księdza, z notorycznym konfliktem z proboszczem w tle ?
    https://deon.pl/kosciol/wikariusz-popelnil-samobojstwo-w-tle-powazny-konflikt-na-plebanii-wierni-maja-do-siebie-zal-ze-nie-zareagowali,522174

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie posty