Od kilku dni w internecie można obejrzeć reportaż TVNu "KRÓLestwo" o polskim seminarium duchownym w Orchad Lake. Włączyłem go do piątkowego śniadania i z każdą minutą wiedziałem, że nie potrzebuję kolejnej kawy. Ciśnienie wzrastało bez koniecznej w inne dni kofeinizacji. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wiele przedstawionych w reportażu sytuacji nie dziwi, ale potwierdza to, o czym ciągle w kuluarach się mówi. Kapłaństwo jest dla niekórych łatwą drogą do realizacji swoich fantazji seksualnych.
Jest przedpołudnie. Dłuższa przerwa pomiędzy kolejnymi lekcjami zdalnymi pozwala ci pójść na chwilę do kuchni i coś zjeść. Robisz sobie kawę. Chwila rozmowy z gospodynią - o wszystkim i o niczym. Trochę śmiechu, no i zaraz powrót do wirtualnej sali lekcyjnej. Niosąc kawę zamykasz drzwi swojego pokoju, kiedy nagle dzwoni domofon. Nie podnosisz słuchawki, ale idziesz prosto do drzwi, by je otworzyć i zobaczyć, kto tam czeka. Przez wizjer widzisz dwóch mężczyzn. Jeden wysoki w średnim wieku, nieco posiwiały, a drugi, to proboszcz, którego znasz. Otwierasz więc czym prędzej, bo jak się okazało, ten zapomniał kluczy. Rzucasz szybkie "Szczęść Boże!" i odwracasz się na pięcie, nie zwracając nawet uwagi na gościa, którego przyprowadził proboszcz. Biegniesz szybko do pokoju, zamykasz drzwi i wracasz do prowadzenia lekcji.
Za jakiś czas przy obiedzie dowiadujesz się, że owym gościem był ksiadz. Skąd mogłeś wiedzieć? Nie znałeś go przecież. Po drugie nie miał ani sutanny, ani koloratki. Przyjąłeś tę obiadową informację bez jakiejś szczególnej uwagi, bo co zmieniała ona w twoim życiu. Kompletnie nic. Każdy ma prawo przyprowadzać gości, a nowi księża na plebanii/probostwie, to żadna nowość.
Przez kolejną część dnia skupiasz się na obowiązkach. Najpierw przygotowujesz lekcje na kolejny dzień, potem masz chwilę na odpoczynek. Następnie zbierasz się szybko do konfesjonału, bo z pewnością będzie ktoś tam czekał na spowiedź. Po dwóch kwadransach rozpoczynasz Mszę. Taka twoja codzienność rozpostarta pomiędzy szkołą i kościołem. Poczucie, że tak jak rano ty nauczałeś, tak teraz jesteś nauczanym. Przyjmujesz najpiękniejszą lekcję zawartą w Ewangelii i całej Eucharystii. Potem będą jeszcze rozmowy w zakrystii, żarty z ministrantami i pewnie spotasz kogoś pod kościołem.
Po dziewiętnastej czas masz już tylko dla siebie. W ten wieczór nie masz żadnego spotkania wspólnoty, więc spokojnie możesz oddać się lenistwu. Wolny wieczór to również czas na nadrobienie zaległych rozmów telefonicznych, uzupełnienie dziennika duchowego, czy obejrzenie serialu albo po prostu wcześniejsze pójście do łóżka. Z wachlarza propozycji, wybierasz film. Pyszna herbata, koc i wreszcie można oglądać. To tylko twój czas, przez nikogo niezarezerwowany.
Jest 21.42. Skupienie na fabule filmu przerywa dźwięk wiadomości Messengera. Na ekranie telefonu pojawia się komunikat - "w folderze inne pojawiła się nowa wiadomość". Mały awatar oraz imię i nazwisko każą ci połączyć autora wiadomości ze spotkanym do południa księdzem. Otwierasz więc okienko konwersacji i czytasz: "Tośmy się dziś uwidzieli". Dalej jednak nie uważasz, że było to coś wyjątkowego, wysyłasz więc niebieską okejkę. Z jednej strony reagujesz obojętnie na otrzymaną wiadomość, a z drugiej nie pozostawiasz chamsko bez odpowiedzi. Toczy się więc krótka rozmowa, której w ogóle nie chce ci się prowadzić. Słyszysz o powodach jego dzisiejszej wizyty. Nie reagujesz na te informacje, ale kiedy tylko nadarza się okazja, żeby urwać temat, piszesz: "dobrego wieczoru +". W odpowiedzi czytasz kolejne wiadomości: "wzajemnie", "+", "ok...zamykam się", "twoja decyzja", "podpuszczam". O co człowiekowi chodzi?! - myślisz. Postanawiasz odpisać: "Przepraszam, ale trzeba przyznać, że nie znamy się. Także dziękuję za napisanie i kontakt. Pozdrawiam". I ta wiadomość doczekała się odpowiedzi: "ok...rozumiem...szkoda, że nie chcialeś mnie poznać...". Wysyłasz więc kolejną wiadomość: "Może kiedyś będzie szansa przy okazji duszpasterstwa, ale teraz nic na siłę". Dosłownie po kilku sekundach znowu słyszysz dźwięk przychodzącej wiadmości: "wiesz doskonale, że się nie spotkamy... ja ci gitary nie będę zawracał", "kolorowych", "proste pytanie... między nami, jesteś gejem?". Nie odpuszujesz dłuższy czas i pojawia się nowa wiadomość: "nie pisz".
Szybko wyszukujesz opcję "zablokuj". Masz głowę pełną myśli. W całej tej tragikomicznej dyskusji zwraca uwagę nachalność typa, który śmiało mógłby być twoim ojcem. Za wszelką cenę szukał z tobą kontaktu, wysyłając kolejne emotki i krótkie wiadomości. Dawałeś mu do zrozumiania, że nie chcesz z nim gadać. Więcej, pożegnałeś się i życzyłeś już "dobrego wieczoru". Myśli jest więcej i więcej. Jak ksiądz po jednym kilkusekundowym spotkaniu w drzwiach i po chwili pisania w internecie, może stawiać takie pytania?! Zastanawiasz się, jak bardzo trzeba być zepsutym, żeby bez żadnego skrępowania sugerować komuś, że jest gejem? Kolejny raz masz świadomość, że dla jakiegoś księdza stałeś się "obiektem seksualnym z branży". On czuje się pewnie, bo wie, że przecież nikt się nie dowie i nikt nic nie zrobi. Nie daje ci to jednak spokoju i rozpytujesz o delikwenta między księżmi. "Ach ten... trzymaj się od niego z daleka", "no, wszyscy wiedzą, że on lubi facetów", "dlaczego mnie to nie dziwi?". Aha. Wszyscy wiedzieli, tylko nie ty.
Będzie jeszcze kilku takich, którzy napiszą, bo "chcą więcej", którzy "szukają", ale od razu będziesz ich blokował. Kiedy później przeczytasz artykuł o księdzu, który spotyka się z młodymi chłopakami albo umawia się z gejami, nie zrobi to na tobie wrażenia. Uśmiechniesz się ironicznie, kiedy usłyszysz, że w sąsiednim klasztorze ktoś używa aplikacji randkowej dla homoseksualistów. Niewiele mocniej zdziwi cię to, co przedstawi TVN w reportażu. W czym więc tkwi problem? Nie w samej orientacji, ale w tym, że ta orientacja brutalnie żeruje na tym, co święte - gorsząc i krzywdząc.
Biada...

Jak Pan uważa? Czy te wszystkie afery które wychodzą od jakiegoś czasu na światło dzienne, szczególnie te o zabarwieniu seksualnym i pedofilskim w kościele będą takim punktem zapalnym, by coś zmienić w tej instytucji? Czy jest nadzieja dla kościoła? Człowiek na ogół wierzący i religijny, gdy patrzy na te wszystkie gorszące sytuacje, hipokryzję i ignorancję odczuwa realny ból i beznadzieję, bo z jednej strony chce czynnie uczestniczyć w życiu Kościoła, w Eucharystii przede wszystkim, ale z drugiej czuje się oszukiwany i manipulowany. Z jednej strony tęsknota za Bogiem, a z drugiej, bardziej rozumne podejście, że jak można mimo wszystko być częścią tego Kościoła, od którego tyle osób się odwraca i wcale się nie dziwię. Pozdrawiam i życzę wytrwałości oraz nadziei.
OdpowiedzUsuń