Łączna liczba wyświetleń

25 marca 2022

24. MOGĘ


Zerkam za okno. Z każdą kolejną minutą zachodzące słońce wydłuża cienie tych, którzy nerwowo przekraczają jedną z najbardziej ruchliwych dróg aglomeracji. Tramwaje mijają się tu jak przechodnie w wąskiej weneckiej uliczce. Jest sobotnie popołudnie, a ja jakoś ociągam się, żeby wreszcie zgodzić się i rozpocząć ten dzień. Nie obchodzi mnie, że już tyle minęło. To mój dzień. Nawet jeśli go zbyt wcześnie nie przywitałem, to i tak zbliża się moment jego pożegnania. Późne śniadanie zastąpiło już obiad. Pośpiesznie pita kawa nie spowoduje zatrzymania czasu. Poranek nieodwracalnie przespany, południe zmarnowane. Stwierdzam, że Ziemia jeszcze nie jest ciągle gotowa na to, by ogrzewało ją wczesnowiosenne słońce. 

Zastanawiam się nad moją wiarą, która od roku wyrwała się z murów kościoła. To wiara, która porzuciła ołtarz i przyrzecznia złożone przed biskupem; wiara nieskrępowana pojęciami, wolna od... no właśnie, czego? 

Przez sześć lat studiowałem teologię, następnie jeszcze przez dwa lata kontynuowałem podyplomowy licencjat kanoniczny. Pięć lat uczyłem religii - najpierw dzieci, potem młodzież. Powiedziałem mnóstwo kazań, wygłosiłem niejedne rekolekcje. Zorganizowałem wiele pielgrzymek, prowadziłem grupy katechetyczne w parafiach. Niesposób wszystkiego wymienić. Może jednak zrodzić się pytanie, co z tym czasem? Czy wszystkich okłamywałem? Co ze zgorszeniem? Czy przekreślam wszystko to, o czym wtedy nauczałem?

Myślę też, że z tymi pytaniami zderzają się też wszyscy ci, którzy na jakimś etapie swojego życia pożegnali się z instytucją, jaką jest Kościół. Nie jest zrozumiałe dla tych, którzy w nim pozostają, że ktoś może podjąć inną decyzję - decyzję o odejściu. Nie przekonują żadne tłumaczenia, a rezygnacja z praktyk religijnych w dotychczasowej formie odbierana jest jako atak na wartości. Oczywiście wszystko łączy się z wymądrzaniem się, przekonywaniem, podtekstami, albo nawet groźbami i porównaniami do Judasza, który skończył, jak skończył.

Podstawowa kwestia, jaka mi towarzyszy od momentu podjęcia decyzji o odejściu brzmi: nikomu nie musisz się tłumaczyć. Dlaczego mam kogokolwiek przekonywać o słuszności tego, co zrobiłem? Dlaczego mam opowiadać w taki sposób, żeby innych "kupić" wyszukanym przedstawieniem sprawy? Dlaczego moje argumenty mają być w kontrze do argumentów tych, z którymi rozmawiam? I chyba najważniejsze stwierdzenie, które ku zdziwnieniu rozmówców pada z moich ust: nie musisz mnie do niczego przekonywać. Po prostu. Przyjmij moją decyzję - przyjmując ją, przyjmujesz mnie. 

Ostatnie miesiące były też dla mnie czasem "odstawienia" wszelkich treści katolickich. Starałem się ograniczyć śledzenie portali infomujących o życiu Kościoła. Porzuciłem lektury duchowościowe na rzecz świeckiej literatury i poezji. Kupiłem nowe książki z psychologii, jakąś beletrystykę. Czytałem i zanurzałem się w inny świat. Zaczynałem jeszcze więcej rozumieć z mechanizmów, jakie rządzą dzisiaj człowiekiem, a więc i całym światem. Co jakiś czas słyszałem o kolejnych skandalach, w które zamieszani byli duchowni - również ci z najwyższych szczebli hierarchii, ale nie miało to już na mnie takiego wpływu, jak wtedy, kiedy jeszcze sam nosiłem sutannę. Dzisiaj nie muszę tłumaczyć, że przecież jest "tylu dobrych i wspaniałych księży", żeby przeważyć na dobrą stronę szalę opinii o Kościele. Znam ich i to mi wystarczy (choć często ci odwrócili się ode mnie). 

Jest życie poza Kościołem i wcale nie jest ono mniej szcześliwe, mniej wartościowe. Jest inne. W tym życiu też jest Bóg, który daje się człowiekowi; jest dobroć, która wzrasta, kiedy jest przekazywana; są przebaczenie, dziękowanie i zachwyt. W tym życiu jest też dużo niepewności, a wśród niej nadzieja, że będzie lepiej - mimo wszystko. Każdego poranka budzę się bez wyrzutów sumienia, że zrobiłem źle. Nie odczuwam ciążącego na mnie poczucia winy. Niektórzy pewnie sądzą, że teraz to tylko "hulaj dusza, piekła nie ma!" - nic z tych rzeczy. Nie stałem się zwierzęciem, ani złem wcielonym, choć niektórzy w kręgach Kościoła za takich mają tych, którzy odeszli od wiary. 

Wierzę w Boga - tak, ale nie potrzebuje w tej wierze pomocy Kościoła.

Czy ksiądz, który odchodzi z kapłaństwa przez zgorszenie, ma szansę na zbawienie? - zadałem to pytanie biskupowi na rozmowie. Nie odpowiedział. 

Biorąc pod uwagę jakiego Boga poznałem i głosiłem, to wierzę, że ma taką szansę. 

Słońce już dawno zaszło, a temperatura spadła. Ulica powoli pustoszeje. Ostatnie tramwaje hałaśliwie mkną po srebrzystych szynach. Kończy się piątek, rozpoczyna się weekendowa odskocznia po całym tygodniu pracy i nauki. Wszystkie drogi prowadzą do centrum, gdzie czekają umówione spotkania. Nie muszę nigdzie iść, nie muszę być jak wszyscy. Parzę herbatę, dodaje miodu i cytryny, włączam film. Mogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie posty