[wpis powstawał od 14 marca 2022]
Nareszcie weekend! Chociaż ze studiami, to jednak dwa dni wolnego od pracy. Otwierasz oczy o 7.55, szybko logujesz się i rozpoczynasz uczestnictwo w wykładzie. Pandemia ułatwiła nieco studiowanie, a w moim przypadku było to zbawienne. Mija poranek, południe, wreszcie mija dzień i nastaje noc. Kto by pomyślał, że jeszcze rok temu stałeś nad przepaścią - zrobić krok, czy nie? Krok zrobiony, a przepaść wcale nie okazała się morderczym dołem, ale niewielkim stopniem prowadzącym na zieloną łąkę. Choć nie do końca na niej kolorowo, to mimo wszystko jest sielsko. Przypadek? Nie wierzysz w nie. Kiedyś pisałeś, że wszystko się ułoży, potem, że już się układa. Teraz widzisz, że się ułożyło i oby... się układało.
Dziś wracam tutaj z niepewnością, czy będzie jeszcze komu to czytać. Porzuciłem Was, mam tego świadomość. Jednak od razu chcę się wytłumaczyć, że nie robiłem tego z premedytacją, ale stało się to raczej jako następstwo tego, że "głowa" zaczęła zajmować się czymś innym. Myślę, że było to zdrowe.
Zacznę więc podsumowanie od głowy właśnie, bo w tej zadziało się najwięcej. Wszystko, co do tej pory opisywałem na blogu bardzo mocno tkwiło w mojej głowie jako niesamowity ciężar. Każda kolejna myśl i wątpliwość zdawała się coraz bardziej zaciskać pętlę na mojej szyi tak, że często - jeszcze jako ksiądz - nie mogłem swobodnie oddychać. Na palcach jednej ręki mogłem policzyć te noce od końca roku 2020 do marca 2021, które w całości udało mi się przespać. Mało też jadłem i traciłem siłę. Mimo, że byłem aktywny w mediach społecznościowych, angażowałem się, zawsze byłem do wszystkiego przygotowany, to sytuację tę można porównać do jazdy samochodem, kiedy od dawana świeci się kontrolka wskazująca na brak paliwa - nie wiesz, kiedy się zatrzymasz. Jako człowiek wierzący szukałem pomocy w wierze - w Piśmie Świętym, w książkach religijnych i u kierownika duchowego. To jednak było zbyt mało. Wtedy usłyszałem od przyjaciela, że powinienem pójść do psychologa. Chociaż sam wielokrotnie podsuwałem tę myśl innym w kierownictwie czy spowiedzi, to nie pomyślałem nigdy, że sam stanę przed takim wyzwaniem. Do tej pory psycholog kojarzył mi się z eliminatorem, który w seminarium przeprowadzał kilkugodzinny test mający wykluczyć tych, którzy się nie nadają do bycia księdzem. Broniłem się więc rękami i nogami. Na długo nie starczyło jednak siły i napisałem do koleżanki - psycholożki, czy może polecić mi jakiś kontakt. Od tej chwili, każdy wtorek między godziną 17.00 i 18.00 miałem okazję powiedzieć specjaliście o tym, co siedzi w mojej głowie. Chociaż czynniki obciążające mnie ciągle występowały, to wszystko to znajdowało ujście i racjonalizację w słowach, które po wygadaniu się słyszałem od mojej psycholożki. Czego się na tamten moment nieoczywistego dowiedziałem, a co chciałbym wszystkim czytelnikom tego bloga zadedykować?
1. Żadna decyzja nie spowoduje, że będziesz sam/sama. Prawdziwi przyjaciele pozostaną.
2. Nikt za Ciebie życia nie przeżyje. Decyduj i nie przejmuj się innymi.
Te dwa punkty tak silnie towarzyszą mi od pierwszych spotkań z psychologiem, że moment odejścia potraktowałem dosłownie jako "nowe życie". Życie bez piętna "co ludzie powiedzą?", bez płaczu nad każdym usuwanym kontaktem z książki telefonicznej. To życie, które nie jest skazane na już ustalony bieg, ale nad którym mam pełną władzę. Nie było dla mnie problemem powiedzieć ciekawskiemu "to nie twoja sprawa", czy "nie chcę o tym gadać" - kiedy ktoś naciskał i wypytywał. Moje nowe życie rozpocząłem odcinając wiele - jak się okazało - toksycznych kontaktów. Wielu też samodzielnie odpadło w myśl zasady "kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam". Dla wielu okazałem się zdrajcą. Inni napisali moja historię po swojemu - i tym życzę wszystkiego najlepszego.
Położyłem więc mocny nacisk na rozwój. Najpierw dokładnie przyjrzałem się temu, na jakim etapie życia jestem. 30 lat na karku. Napisałem CV, w którym oprócz teologii wspomniałem o swoich zainteresowaniach i umiejętnościach. Znalazłem gdzieś starą białą koszulę i zrobiłem kilka eleganckich zdjęć. Wszystko pięknie edytowane trafiło do folderu "dokumenty". Codzienne scrollowanie ogłoszeń, przesiewanie powiadomień ze skrzynki, wysyłanie podań. Jeden, drugi telefon. Wreszcie rozmowy kwalifikacyjne i sukces! Jest praca! Od pierwszych dni skupiłem się na dwumiesięcznym wdrożeniu w obowiązki na nowym stanowisku i dziś mogę się cieszyć podwyżką, a za chwilę zapowiadanym awansem. Oprócz tego zapisałem się na studia, których intensywny program powoli dobiega końca. Popracowałem nad językami, których nauka sprawia mi wielką frajdę. Jakkolwiek egoistycznie to zabrzmi - postawiłem na siebie.
Już prawie rok wynajmuję mieszkanie. To nic wielkiego - dwupokojowa kawalerka. Mam jednak to poczucie, że jestem całkowicie u siebie. Samodzielnie opłacam czynsz, rachunki. Chodzę na zakupy, uzupełniam lodówkę. Sprzątam i dbam o miejsce, które nazywam swoim domem. Jeśli chcę, to przyjmuję gości, jeśli nie chcę, to siedzę sam. Jestem mistrzem promocji. Zażartuję, że od ponad roku znam cenę chleba, szynki i piersi z kurczaka - wcześniej po prostu te rzeczy były w lodówce i nikt nie pytał skąd. Podsumuję to w dwóch słowach: jestem niezależny.
Nie mogę jednak pominąć jednej kwestii. Pieniądze - jakkolwiek szczęścia nie dają - są konieczne do życia. Przyznaję, że startowałem z saldem zerowym (a nawet ujemnym), a dzisiaj mam już trochę oszczędności. Mimo tak zaprzeczającej wierze decyzji o odejściu, mam przekonanie o działającej nade mną Opatrzoności. Akurat w tym czasie ktoś ukradł mi wycieraczki samochodowe i nie było nadziei, żebym w ciągu kolejnych trzech miesięcy mógł kupić nowe. Martwiłem się, bo to jesień, deszcz, brzydka pogoda. Co ja zrobię bez wycieraczek? Czekałem jeden dzień. Przed południem dostałem wiadomość z bloga: "Może to niewiele, ale zawsze coś... bon na allegro w kwocie 100 PLN". Oprócz wycieraczek kupiłem patelnię i szklanki. Nie minął miesiąc, a nowe wycieraczki znowu ktoś ukradł (XD). Innym razem, żeby pokazać mi cyt. "jak wiele dobra ciągle jest na świecie", ktoś opłacił mi studia. Wiem, trudno w to uwierzyć, że obcy ludzie tak po prostu wykładają prawie 5 000,00 PLN... ale tak się stało. Byłem w ogromnym szoku i do dziś mam ciarki, na myśl o tym, jak niesamowici są ludzie.
Przez ten rok nauczyłem się przyjmować pomoc, a nie tylko pomoc dawać. Przekonałem się, że nie każdy oczekuje "czegoś za coś"; że jest wielu ludzi, którzy bezinteresownie okażą wsparcie - jakiekolwiek nie byłoby konieczne. Kiedyś myślałem, że to tylko ja takim jestem - jako przykładny katolik i ksiądz. Myliłem się. W ostatnim roku spotkałem dobrych i kochanych niewierzących, którymi nieustannie się zachwycam.
Dłuży się ten wpis, wiem. Nie sposób jednak zamknąć tak długiego czasu w kilku krótkich akapitach. Siedzę przy kuchennym stole. Obok mnie pachnie kawa w filiżance, wtórują jej wiosenne żonkile. Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila. Jedna z tych ziemskich chwil proszonych, żeby trwały - napisze Szymborska. Chciałbym jeszcze dodać coś o tym, w jakim stanie jest wiara księdza, który odchodzi. Myślę, że zrobię to w kolejnym wpisie. Nie ukrywam, że chciałbym tutaj wrócić już z innymi treściami, chociaż nie wiem, czy kogoś to zainteresuje. Trzymam się jednak tego, co zaznaczyłem w pierwszym wpisie na tym blogu, piszę przede wszystkim dla siebie i nie chcę czuć presji. Piszę to, co przeżyłem i przeżywam. Wszyscy są tutaj mile widziani - nawet biskupi i rektorzy seminariów, którzy odnoszą się do moich wpisów na rozmowach z księżmi, czy konferencjach ascetycznych. Oczywiście dla nich to, co piszę jest nieprawdą i sam sobie jestem winien. Nie będę wyprowadzał ich z błędu - bo nie muszę i nie chcę. Szkoda tracić siły.
Na koniec napiszę, że jeśli trafił tutaj jakiś ksiądz, który ma wątpliwości (chce odejść, ale bardzo się boi tego, co będzie/nie wie, od czego zacząć), to zapraszam do kontaktu. Opcja "napisz do mnie" po prawej stronie jest dostępna dla każdego. Odpowiem na każdego maila.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz