Wspomniałem kiedyś, że życie wikariusza rozdarte jest między parafią, w której posługuje i szkołą, w której pracuje. Poza koloratką i specyficznym rodzajem życia, ksiądz nie różni się niczym od innych nauczycieli. Ukończone studia magisterskie z teologii wraz z przygotowaniem pedagogicznym, dają w obecnych realiach pracę katechety. Oczywiście ksiądz trafia do szkoły, bo taką potrzebę szkoła wyraża, a proboszcz przedstawia kandydata, jako odpowiedzialny za nauczanie religii na terenie własnej parafii. Szkoła zyskuje więc nauczyciela z misją kanoniczną - pozwoleniem na głoszenie nauki Kościoła rzymskokatolickiego.
Dołączasz do grona pedagogicznego. Często jesteś jedynym facetem między licznymi koleżankami. Dla jednych będziesz po prostu kumplem wołanym po imieniu, dla innych "księdzem", "panem księdzem", "panem", a czasem nawet "mamą", "tatą", czy "babcią". Zależy, na kogo trafisz.
Przez kolejne dni będziesz badał grunt, a grunt będzie badał ciebie. Wchodzisz w specyficzne środowisko rządzące się własnymi prawami. Nie znaczy to wcale, że jest źle. Jest po prostu inaczej. Wszyscy dokoła się znają. Niejednokrotnie połączeni są silnymi więzami budowanymi przez lata wspólnej pracy. Szkoła to ich drugi dom, do którego przychodzą tak, jak przychodzi się do miejsca, gdzie przeżyło się wiele. Szkoła to dla nich miejsce, w którym czynią świat lepszym, przekazując wiedzę. Od ciebie zależy, czy będziesz domownikiem, gościem, czy intruzem. Na ten wybór składać się będzie całość twojej pracy przez kolejne lata.
Szkoła to nade wszystko uczniowie. Nie masz za bardzo wyboru tego, do której ze szkół trafisz. Idziesz tam, gdzie zwolniło się miejsce po poprzednim wikarym. Oczywiście w miejscu do którego idziesz, pozostały jego walizki - dobre albo złe po nim wspomnienia. Na początku będziesz słuchał o tym, jak było wcześniej, a w głowie ułożysz plan zmian. Wszystko jednak zależy od tego, jak patrzysz na swoją pracę w szkole. Tak, szkoła to praca, za którą otrzymasz wynagrodzenie w zależności od godzin. Dzięki szkole częściowo zwolniony będziesz z opłat ZUS'owskich. To normalne. Godzien jest robotnik swojej zapłaty. Rzeczywistość jednak pokazuje, że jedni "robią, jak się patrzy", a inni "patrzą, jak się robi".
Przypominasz sobie swoich księży katechetów. Musisz przyznać, że byli dobrzy w tym, co robili. Nie znasz szczegółów i tego, co się działo w pokoju nauczycielskim. Wiesz jednak, że na lekcji zawsze byli przygotowani, gotowi do rozmowy. Jeśli pojawiały się jakiekolwiek problemy, to tylko te związane z olewką ze strony klasy. Mając takie doświadczenie, katecheza staje się dla ciebie przede wszystkim miejscem budowania relacji. Masz tych twoich uczniów doprowadzić do "zażyłości z Chrystusem". Jak to się dzieje?
Co najważniejsze: jesteś dla nich. Bez względu na to, czy stoją przed tobą malutkie dzieci, czy prawie dorosła młodzież - jesteś dla nich. U tych pierwszych liczy się uśmiech, przykucnięcie, kiedy do ciebie mówią, chusteczki w kieszeni, kiedy nagle pojawia się kichnięcie. Zbiją z tobą piątkę, przytulą na powitanie, będą wołać za tobą na korytarzu. Szybko ci zaufają, polubią. Nie będą się bały przy tobie płakać, powiedzą o tym, co w domu. Razem z Jezusem masz wkroczyć w ich beztroski świat i niczego nie zepsuć. Będą dzieci z rodzin bardzo wierzących, a będą i takie, które od chrztu nie były w kościele. Za dziećmi zawsze stoją rodzice. Razem z nimi będziesz starał się, aby poznawały świat. Wiesz, że sukces tego, co robisz w dużej mierze zależy od tego, czy masz relację również z rodzicami. Za każdym więc razem starasz się choćby o krótką rozmowę z nimi. Widzisz po jakimś czasie, że w kościele pojawiają się nowe twarze - mali uczniowie razem z rodzicami. Teraz zaczepisz ich pod kościołem. Zobaczą cię w sutannie. Twój mały uczeń spontanicznie się przytuli, krzycząc na cały głos: "Ksiąąąądz!". Nic w tym dziwnego. Lubią cię, a ty lubisz ich. Ta relacja jest czysta, niepodszyta żadnym złem. Rodzice widząc to, ufają ci. Tworzą się piękne więzi, które z czasem przeniosą się na wspólny obiad, czy grill na działce.
Rola rodziców w twoim kontakcie z uczniami schodzi na drugi plan, kiedy trafiasz do szkoły średniej. Jako młody ksiądz, jesteś niewiele starszy od tych, który siedzą przed tobą w ławkach. Powinno być równie łatwo, bo orientujesz się w świecie mediów społecznościowych, znasz nowinki techniczne, rozumiesz język, jakim mówią. Katecheza poza kolorowankami, opowiastkami i piosenkami przygrywanymi na gitarze zmienia się w pole bitwy na głosy, szpital polowy albo pogorzelisko. Wszystko jak zwykle zależy od podejścia prowadzącego. Pamiętasz, że razem macie zbliżać się do Chrystusa. Nie jesteś tylko tym, który pokazuje palcem i goni innych w jedynym słusznym kierunku, ale pokazujesz, że to droga, którą przemierzacie wspólnie. Prezentujesz więc kolejne tematy moralne, z historii Kościoła, mówisz o sprawach aktualnych. Poznajesz, co twoi uczniowie o tym wszystkim sądzą i przekonujesz, że warto popatrzeć na sprawę inaczej. Zdarza się, że z przerażeniem słuchasz historii, które miały miejsce w ich rodzinnych parafiach. Dowiesz się, co działo się w trakcie przygotowania do bierzmowania albo jak kto został potraktowany przy spowiedzi. Więź ufności, która wcześniej (w szkole podstawowej) łączyła cię z rodzicami, tworzy się teraz między tobą a młodzieżą. Po lekcji ktoś zostanie pogadać, inny napisze na Facebooku. W klasie są ci, którzy deklarują chęć uczestnictwa w lekcji religii. Nie ma przymusu wcześniej związanego z chęcią przystąpienia do pierwszej Komunii, czy bierzmowania. Cieszysz się, kiedy w klasie pojawia się ktoś, kto normalnie na religię nie chodzi. Przyszedł posłuchać, bo koledzy i koleżanki powiedzieli, że "jest fajnie" - cokolwiek to znaczy.
Jeszcze pozostaje kwestia nauczycieli - twoich nowych koleżanek i kolegów. Z niektórymi od razu się zaprzyjaźnisz, inni ciągle będą na dystans. Z jednymi połączy cię miejsce w pokoju nauczycielskim, a z innymi będziesz się tylko mijał przy kserze i na korytarzu. Będą i tacy, z którymi pogadasz nie tylko o szkole, wymienicie numery telefonu. Oprócz kawy pitej wielkimi łykami w przerwach między lekcjami, w weekend wybierzecie się paczką na pizzę i piwo. Czy coś w tym nienormalnego? - zapytasz ich. Zdziwią się pozytywnie. Zaraz potem będziecie gadać o wierze, Kościele i o wszystkim, na co nie było miejsca gdzie indziej. "Jak można pić piwo z nauczycielami!?" - usłyszysz z ust proboszcza, kiedy rano powiesz o tym, jak miło było poprzebywać w nauczycielskim gronie po godzinach. Kilka tygodni później spotkacie się na plebanii/probostwie w czasie spotkania zorganizowanego z okazji zakończenia roku szkolnego. Wzór spotkania księdza z nauczycielami: monolog proboszcza, termosy pełne kawy - każdy będzie po milion razy pytał: "Czy to jest na pewno kawa, a może herbata?". Ktoś odkręci termos, żeby sprawdzić. Dzbanek wędruje przez cały stół. Wreszcie kiedy okazuje się, że uznanie zyskała kawa - tej zaczyna brakować. Trzeba iść do kuchni. Proboszcz siedząc za stołem zapewnia, że zaraz znowu termos będzie pełny. Do kawy obowiązkowo ciasto, żeby było miło, a żołądek nie dawał o sobie znać. Padną okrągłe dyplomatyczne zdania, może odpowiedzi nauczycieli na postawione pytania. Wszystko wśród niezręcznych szeptów i nerwowego spoglądanie nauczycieli na zegarek. Po wszystkim usłyszysz, że sympatyczni ci nauczyciele, a tak zaaranżowane spotkanie zwiastuje dobrą współpracę ze szkołą. Brawo!
Kolejny miesiąc spędzony przeze mnie w domu, to wielka tęsknota za tym domem, który nazywa się SZKOŁA - za moimi nauczycielami i moimi uczniami. Brakuje mi lekcji i przerw. Brakuje mi wspólnych tematów, wspólnego odkrywania. Brakuje mi tych wszystkich pytań, wątpliwości, żartów, śmiechów. I choć nie muszą wszystkiego od razu rozumieć, a ja też nie jestem w stanie każdemu szczegółowo wyjaśniać mojej sytuacji - moi nauczyciele i uczniowie pozostają dla mnie ważni. Tęsknię za nimi, a w sercu mam nadzieję, że oni za mną.
"Ksiądz to taki nauczyciel, ale trochę inny"

Miło jest czytac o tym, że ktos podchodził do lekcji religii z zaangażowaniem. Niestety ja tego nie doświadczyłam. Lekcje były po to by katecheta mógł wygłosić swoje poglądy traktowane jako nienaruszalna świętość. Uciekłam od tego, bo nie chciałam słuchać rzeczy typu "jeśli rodziną ma jedno dziecko to jest patologiczna", "za gwałt/napasc w nocy odpowiada ofiara albo "stosowanie makijażu to zło, bo pryszcze to dar od boga". Super że o tym piszesz, dobrze jest widzieć świat z innej perspektywy
OdpowiedzUsuńOstatnio zastanawiałem się, czy były ksiądz może być katechetą. Świecki może, to w sumie czemu nie? Przecież nie zapomniał wszystkiego z dnia na dzień. Tylko pewnie dyrektor bałby się konfliktu z proboszczem.
OdpowiedzUsuńHeh, no problem cały wiąże się z tym, że odejście z kapłaństwa jest wypowiedzeniem posłuszeństwa względem biskupa. Do nauczania potrzebna jest misja kanoniczna wydawana przez wydział katechetyczny. Nauczanie religii przez byłego księdza odczytywane byłoby jako zgorszenie.
UsuńTo zalezy od papieza. Za Pawla VI duzo bylych ksiezy znalazlo prace w szkole. Najciekawsze to jest to, ze biskupi ciagle narzekaja, ze im brakuje katechetow...
Usuń