Spoglądam na blogowy licznik i widzę, że to już ponad 25 tysięcy wejść. To dużo. Nie spodziewałem się. Za wszystko wypada mi podziękować.
Wiem, że dla niektórych przedstawiane tutaj treści są nowością, inni piszą, że odkrywają w tym swoją historię kapłaństwa, a nawet (świeckich) doświadczeń związanych z Kościołem. Są i takie głosy, że to wszystko zmyślone, pisane pod publiczkę, a autor musi być zgorzknialcem próbującym oddalić całą winę od siebie.
Po wpisie "10. Gościnność" oprócz słów wsparcia i chęci pomocy, znaleźli się i tacy, którzy musieli podkreślić "niemęskość (mojego) zachowania", bo przecież od razu trzeba silnie strzelić w pysk, zbutować, porządnie związać i wezwać policję. Pojawiły się stwierdzenia o tym, że robię z igły widły oraz pytania o to, dlaczego sprawa nie została zgłoszona, a sprawca ukarany - jakby miało to być jedyne świadectwo autentyczności tego wydarzenia.
Ręce opadają.
Łatwość z jaką przychodzi niektórym oceniać takie i podobne sytuacje jest przerażająca. W każdym z podobnych stwierdzeń pod murem postawiony jest nie ten, który dopuszcza się zła ale ofiara. Takie podejście do sprawy wcale nie ułatwia mówienia innym osobom, które zostały skrzywdzone, wręcz powoduje paniczny strach przed tym, że ktoś zaneguje, ośmieszy i zbagatelizuje to, czego doświadczyły (nawiasem mówiąc słyszałem, że dla niekórych księży to, co opisałem było świetną okazją do kpiny i wyśmiewania). Ostatnio oglądałem ciekawą rozmowę dotyczącą wykorzystywania seksualnego, gdzie padły słowa, że ofiara jest jedynym dysponentem tego, co się stało i od niej zależy jak zareaguje, jak dalej poprowadzi sprawę. Uzależnione to jest od wielu czynników, a nie tylko od płci, wzrostu i wagi. Czytam, że "młody facet w sile wieku powinen wiedzieć, co należy w takiej sytuacji zrobić". Guzik prawda.
Piszą do mnie kolejni księża, a także ci, którzy zrezygnowali z kapłaństwa i dzielą się podobnymi historiami. Dziwnym trafem, też nie byli w stanie zareagować. Czyżby jakaś zmowa ofiar? Nie. Skomplikowany mechanizm, który paraliżuje, gdy spotyka cię sytuacja, której się nie spodziewasz. Z pewnością psychologowie mogliby powiedzieć więcej na ten temat. Kiedy niewinne żarty stają się brutalną rzeczywistością, na bok trzeba odłożyć śmieszkowanie.
No właśnie. Żarty. Doświadczyłem wielokrotnie, że te rubaszne żarty są w gronie kleryckim i kapłańskim na porządku dziennym (pozdrawiam serdecznie tych, którzy teraz przeżywają święte oburzenie). Jeśli trafiasz na nie w gronie przyjacielskim, osób związanych ze sobą wieloletnią formacją - są niegroźne i faktycznie, często rozładowują napięcie. Nie kryją w sobie żadnego kontekstu seksualnego. Są po prostu wyrazem swobody i do niczego nie prowadzą. Wiesz, że tak nie żartuje się z każdym - nie muszę chyba pouczać, że inaczej rozmawiamy z kumplami, rodzicami, przełożonymi itd. Czerwona lampka zapala się w momencie, kiedy zaczyna z tobą tak rozmawiać o wiele starszy "kolega" ksiądz. Nie łączy cię z nim nic, a ten gwałtownie niszczy dystans, który naturalnie chcesz utrzymać. Nie pisałbym o tym, gdybym tego nie przeżył. Wielu księży obecnych w mediach społecznościowych naprawdę uważa, że to portale randkowe, gdzie mogą spotkać kumpli "z branży". Zarzucają więc sieci i oczekują obfitych zbiorów - przecież zostali "rybakami ludzi". Śmiało wykraczają poza teren własnej diecezji, łowiąc na wodach odległych.
Łodzianin pochwali twoje skarpetki - "świetne socksy! Masz może zdjęcie w białych?". Nie trzeba chyba wspominać, że jest to jeden z typowych fetyszy seksualnych. Wspomniany ksiądz będzie pisał za każdym razem, kiedy gdziekolwiek upublicznisz swoje zdjęcie z widocznymi skarpetkami. Po jakimś czasie dowiesz się, że nie jesteś jedynym, którego skarpetki/stopy chwali. To już nie jedna czerwona lampka się pali, ale cały sznur lampek. Wiesz, z kim masz do czynienia. Oczywiście, kiedy zwrócisz uwagę, że nie życzysz sobie takich komentarzy, jesteś strofowany, że to przecież żarty, a on jest jednym z najbardziej cnotliwych KAPŁANÓW w diecezji.
Jakiś ze wschodu napisze, że chętnie cię przenocuje. Co prawda ma tylko jedno małe łożko, na którym sam śpi, ale powinniście się zmieścić we dwójkę - razem cieplej. Będziesz przejazdem w Warszawie? Proszę bardzo! Może wpadniesz do sauny? Będzie fajnie! Trochę się wyluzujemy i odprężymy. Wykładowca chętnie zabierze cię na kilkudniową wycieczkę, bo szuka przyjaciela do wspólnego spędzenia czasu. Nie, nie będziecie ze sobą spać! On się chce tylko poprzytulać. Moralność musi wygrać!
Skąd o tym wiem? Bo takie wiadomości otrzymałem sam i otrzymali księża, z którymi się przyjaźnię. O co w tym wszystkim chodzi!?
Zamiast "potwierdź znajomość" klikasz "usuń zaproszenie". Jak to? Odrzucać księdza? Tak. Nauczyłeś się, że w większości przypadków, kiedy jakiś ksiądz chce cię poznać w internecie, nie będzie chodziło o dzielenie się Ewangelią. Przeglądasz listę znajomych i blokujesz tych, których nie miałeś okazji poznać na żywo. Pozostają tylko koledzy poznani przez lata w seminarium. Już nie tak łatwo dajesz się namówić, by starszemu od siebie mówić "per Ty". Bezpiecznie pozostajesz przy "ksiądz". Wiesz jednak, że i to nie uchroniło cię od (opisywanego wcześniej) zdarzenia, kiedy "ksiądz" przekroczył wszelkie granice intymności. Poddajesz analizie każde usłyszane słowo i zdanie, szukasz ukrytych znaczeń, podtekstów. Rozmowa musi pozostać neutralna, bezpieczna i mimo prób rozmówcy, by nieco ją rozluźnić, trzymasz fason. Rejestrujesz każde spojrzenie i kwalifikujesz jako normalne albo pożądliwe. Brzmi jak obsesja? Paranoja? Tak. Do tego prowadzi krzywda, której doświadczasz w środowisku, które obdarzyłeś zaufaniem - zbyt wielkim zaufaniem.
"Ja tak tylko żartowałem. Zacznijmy od nowa"

Czy jesteś w stanie oszacować skalę tego problemu? Oburzeni obrońcy kościoła będą mówić o pojedynczych przypadkach, ale tych historii słyszy się coraz więcej. Ciekaw jestem, jaki procent księży dopuszcza się rozwiązłości, czy to z kobietami, czy z mężczyznami.
OdpowiedzUsuń